Witaj na moim nowym blogu.

Witaj na moim blogu!

Skoro tu jesteś, najwyraźniej coś Cię tu ściągnęło. Co to jest? Nie mam pojęcia. W każdym razie, cieszy mnie fakt, że potencjalnie możesz zostać moim odbiorcą. Jestem Wilk. Te piękne włosy, zgrabny zadek, błysk w oku i ten romantyzm... A na serio: Jestem kolesiem już po trzydziestce, jednak mentalnie podobno już po czterdziestce... Nie ocenię sam siebie. Ideowo jestem katolikiem i patriotą. Politycznie... nie gadam o polityce. Na co dzień, bezpośredni przekaz i odbiór mają u mnie priorytet. Nie znoszę zatajania czegokolwiek, aczkolwiek wiadomo, nie jestem święty.
Ale dość o mnie.
Co znajdziesz na blogu - to bardziej Cię interesuje.
Otóż:
Znajdziesz tu najwięcej wierszy. Potem artykuliki, w których wyrażam swoje poglądy, przedstawione w postaci tezy, przesłanek i argumentów oraz konkluzji. Ważne, uwaga! - teksty są często pisane na gorąco i poddawane są tylko korekcje najbardziej rażących błędów. Dlaczego tak? Już odpowiadam: Robię to w ten sposób, ponieważ myśl ujęta w momencie pojawienia się, jest najtrafniejsza a każda zwłoka wymywa z pamięci to, co chcę się powiedzieć. Wtedy wypowiedź traci swoją moc wybrzmienia. Poza tym... nie chce mi się potem robić korekty szczegółowo. Jak Ci się to nie podoba, nie musisz czytać.
Jak zapewne zauważyłeś, czytelniku, musisz mieć skończone osiemnaście lat aby wejść na bloga. I bynajmniej, nie dlatego, że są tu wulgaryzmy ( choć jest ich mnóstwo) ale dlatego, że dzieciaki tego mogą nie zrozumieć. Swoje teksty kieruję do ludzi dojrzałych, którzy mają swoją uformowaną piramidę wartości.
Zapraszam do dyskursów pod tekstami, ponieważ zależy mi na dialogu.
Nie lubię pisać do kotleta. Lubię pizzę... ;)
Zapraszam do przeglądania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania i konkluzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania i konkluzje. Pokaż wszystkie posty

24 grudnia 2020

O dziwieniu się.

         Za każdym razem wrzucam coraz mniej obszerne teksty. Bo po prostu życie za szybko pędzi. Ale... wrzucam, więc całkiem źle jeszcze nie jest...
Dziś trochę wypocin o dziwieniu się ponieważ jest to trochę ,,kwestio sporną" (sic!)*. Zazwyczaj mamy do czynienia z dwoma obozami gdzie jeden mówi o tym, że nic mnie już nie zdziwi a drugi, że dziwić się jest rzeczą ludzką. Nie, nie, nie to nie jest taka definicja, to ja to tak nazwałem. Bo tak. Bo mogę   .
A więc ( wiem, że to nie gramatyczne, ale co z tego?)                                        
         Pierwszy obóz zakłada, że jeżeli coś totalnie dobrego albo zupełnie popapranego spotka człowieka, to już nic nie jest go w stanie później zaskoczyć. W tej loterii jest, uważam, błąd logiczny. Skąd, do diaska, wiedzieć, co będzie - podczas gdy nie umiemy często przeszłości wyjaśnić? No, skąd!? Przecież przyszłość nie istnieje. Nawet jeżeli teraz Ci piszę to co czytasz, a przed sobą masz jesz resztę tekstu, to po pierwsze on sam w sobie jest już dla mnie historią a dla Ciebie w tym momencie w którym czytasz - teraźniejszością i zaraz po tym już historią. To już historia razy dwa. Nie możliwym było przeczytać powyższe zanim to napisałem.
Zawsze jest jakiś powód do zdziwienia, ponieważ wszystko się zmienia. Nasze nastawienie do życia, nasz charakter... jeżeli i nasz, to i innych wokół. I nawet jeżeli coś tam się nie zmieni, to jest to tylko mały procencik. Ten mały procencik też wpływa na rozwój wydarzeń a że my o tych "szczegółach" zapominamy i dziwimy się, że 2+2=4 a nie 0... to nie jest to ,,kwestio sporną"*, że nasza w tym wina. Kto się nie dziwi, ten sam jest dziwny. Oczywiście mówię tu o specyficznych sytuacjach. Wiadomo, że ciągłe dziwienie się tym samym pachniałoby na odległość niedorobieniem mózgowym.
         Drugi obóz mówi o tym, że dziwić się zbyt często, to już jest dziwne. Chodzi tu o codzienność i powtarzalne schematy w dziejach ludzkości i natury. Prawdzie zdziwienie zaczyna się tam, gdzie ludzki rozum już nie jest w stanie zrobić nic a cała reszta kipi. Wtedy zaczyna się walka o dane do przetwarzania. Bez nich nie możliwe jest wyciąganie wniosków a bez wniosków nie da się odkryć jak zrozumieć przyczyny zdziwienia. 
Najtrudniejsze jest odkrywanie tego , co pozornie niewidoczne lecz zakryte dymem palących się zwojów mózgowych. Najpierw należy ugasić pożar by szukać zarzewia i móc podjąć kroki prewencyjne na przyszłość. To wszystko brzmi lekko absurdalnie, ale to tak działa. 


*You Tube - kuce z bronksu - Dem3000 
 
Post z dnia 26.01.2020-zagubiony w akcji.

Krótka refleksja o tym, co czasem zadziewa się w życiu.+bonus

          Każdy na coś czeka. Można wmawiać, że tak nie jest lecz w głębi duszy każdy wie, że tak jest. To, że nie chcemy mówić o niektórych swoich oczekiwaniach może wynikać z lęku przed wyśmianiem lub, co gorsze, zlekceważeniem przez świat. Ostatni czas, to dla każdego była lekcja pokory. Dla mnie bardzo. I to cholernie trudna, która trwa już długo. Ciągle się uczę brać co jest mi dane, a nie oczekiwać ponad miarę wedle swoich upatrywań. I jeszcze wczoraj bym powiedział, że trwa to dużo za długo... I tu właśnie zaczyna się brak pokory. 
         Wszystko trwa tyle, ile musi potrwać. Dawno temu pisałem na blogu, że gdy coś się wali, to coś innego w tym czasie się naprawia. Wspomniałem tam o takich rzeczach jak naprawa relacji między ludzkich, czy zwróceniu uwagi na to, że każdy moment życia można przekierować na inny kanał, w którym jest całe pole do popisu w pracy nad sobą czy nad innymi obszarami życia.
Ostatnio mnie osobiście ściska za gardło tęsknota. Normalnie bym powiedział, że jebać to wszystko, bo świat jest paskudny i trzeba obudować się w pancerz aby przetrwać. Natomiast bardziej pomylić się chyba nie da w tym temacie. Właśnie sens jest w tym wszystkim kiedy zrozumie się, że tak się dzieje, tak jest, i sami na to wpływu nie mamy. Że trzeba wziąć się z sytuacją za bary i usadzić nerwy na krześle, by nie szalały. Dać im melisy i ciastko. A wszystko z tego powodu, że głową muru nie przebijesz. Z koniem kopać się też nie ma sensu. Nie warto tracić siły na szarpanie się w sieci. Jeżeli mamy tylko świadomość, że coś musi się do końca zadziać, to pozostaje czekać. Tak, wiem, że to cholernie trudne a słowo cholernie nijak nie oddaje tego, jak bardzo jest to trudne momentami. Ale nie zawsze tak musi być. Im bardziej rozumie się, że tak działa życie i to, co się w nim zadziewa, tym bardziej zaczyna się przechodzić z takimi sytuacjami do porządku dziennego. I proszę mnie nie zrozumieć opacznie. W żadnym wypadku nie przestaje się tęsknić. Powiem nawet, że można bardziej tęsknić a mniej cierpieć. Taki paradoks. To wszystko jest jak nauka każdej innej dziedziny nauki. Powtarzalność procesu powoduje utrwalenie materiału. Ludzie czasem pytają: jak żyć? Bardzo to proste - uczyć się, obserwować aktywnie. To bierność zabija odporność na to, co funduje nam świat z zewnątrz. Kiedy zaczynasz myśleć i przetwarzać informacje z zewnątrz, okazuje się, że świat jest zupełnie inny. Do tego stopnia inny, że wydaje się być z innej galaktyki. Nagle dociera do nas fakt, że może sami błądziliśmy do tej pory, że może to inni nas na manowce wynoszą. Że może czas żyć swoim życiem i zaufać sercu a nie rozumowi... Rozwiązań jest ogrom. 
Nie możemy żyć jak te koty, wylegujące się całymi dniami na zapiecku. Kot większość życia prześpi. Nie przesypiajmy naszego życia, bo ma zbyt dużo pięknych chwil do zaoferowania. A to, kiedy one nadejdą, zależy od tego, kiedy my przyjmiemy życie takim, jakim jest.
         Adwent od jakiegoś czasu, nie wiedzieć czemu (jeszcze przynajmniej) jest dla mnie bardziej refleksyjnym czasem niż wielki post. Mam pewną teorię, że skutkiem tych refleksji i lekcji są takie rzeczy jak ten krótki wpis, w którym dzielę się spostrzeżeniami aby dać komuś znać, że to jest możliwe. Że da się z trudnej i niewygodnej sytuacji wyciągnąć pozytywy i pokonać strach, ból i lęk przed dzisiaj. Że da się żyć i do czegoś nieuchronnie to prowadzi. A do czego? Nie wiesz? Poczekaj na odpowiedź. Nie szukaj tego po drzewach skacząc jak małpiszon, nie lataj jak kot z pęcherzem. Usiądź. Porozmawiaj z Nim, z Bogiem. Wsłuchaj się w ciszę i tam szukaj dialogu. Powiedz, wytłumacz, poproś, ale nie domagaj się. Kulminacyjnym momentem by osiągnąć powyższe jest zdanie: Nie moja, lecz Twoja wola niech się dzieje.

Bonus
Jednocześnie życzę Wam wszystkim pokoju serca, miłości, pokory i cierpliwości. Życzę także świąt w rodzinnym gronie. Tym, którzy nie mogą spędzać czasu z bliskimi życzę opieki Bożej i anielskiej. Nie jesteście sami. Nigdy. Pamiętajcie o tym.
Wesołych świąt Bożego Narodzenia.

11 kwietnia 2020

O zmianach słów kilka.

         Czołem, Wiara!

        Dawno mnie nie czytaliście w innej postaci niż wiersze, to teraz czas na zmiany ;)
I właśnie o zmianach dziś będę Wam pisał. Bo zmiana, to taki tworek, który jednym spędza sen z powiek a dla innych jest balsamem na duszę. To, jaki będzie skutek, zależy od wielu czynników, natomiast najbardziej jest zależne od nas samych. Należy zadać sobie kilka podstawowych pytań:
Czy potrzebuję zmian, czy wiem dlaczego, po co, czy wiem jak, czy jestem świadomy swoich działań i... czy dojrzałem do zmian i chcę je wprowadzić w życie?
         Pierwsze pytanie samo powinno pojawić się w środku, w nas, w sercu i w rozumie - równocześnie. Może pojawić się z powodu pragnień, które głęboko w nas drzemią i czekają na okazję by się ziścić. Postawione tak pytanie musi spełniać jeden bardzo ważny warunek. Mianowicie odpowiedź na nie musi być zero-jedynkowa, tak więc nie można pytania komplikować. Czy chcę zmiany w X? Tak, albo nie - nic więcej. Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco idziemy dalej.
Czy wiem dlaczego chcę zmian? Jeśli nie, należy poczekać i poszukać w sobie źródła. Jeżeli wiadomo co jest przyczyną, droga jest już określona.
Teraz: po co? Czy dlatego, że rzeczywiście coś jest do poprawienia, czy uciekam od czegoś bo jestem słaby? Ucieczka wynikająca z tchórzostwa jest kategorycznie oznaką słabości. Należy też rozróżnić ucieczkę z lenistwa od "ucieczki" od czegoś, co szkodzi. W tym momencie należy dokładnie to ocenić aby nie zrobić kroku w przepaść bez dna.
Czy wiesz jak wprowadzić zmiany? Jeśli wiesz, toś szczęśliwy człowiek. Jeśli nie, znów czeka się poszukiwanie aż do skutku. Następnym warunkiem podejmowania decyzji jest samoświadomość i świadomość tego, co dzieje się na zewnątrz. Bez tego ani rusz. Dalej iść nie wolno, ponieważ zmiana może okazać się mentalnym samobójem. Na koniec tej serii pytań powiem o dojrzałości.
Otóż... dojrzałość to wypadkowa dotychczasowych przeżyć i wyciągnięte wnioski, które winny być poukładane w głowie i w sercu. Głowa jest bardzo zawodna i tu najtrudniejsze zadanie dla wielu - słuchanie głosu serca. Wszystko jest w sercu. Każdy je ma, ale nie każdy je słucha i nie każdy dopuszcza je do głosu. Tam gdzie działa jedynie rozum, tam jest matematyka i wszystko jest wyliczane niczym równania. Zaś tam, gdzie rządzi serce, są uczucia i emocje, które siedzą głęboko i poczuć je można całym sobą. Całym sobą, to znaczy, że pojawią się dreszcze, tabuny myśli i rozdygotanie z rozkojarzeniem etc.
Aby to wszystko działało jak należy, trzeba umiejętnie podzielić zadania dla rozumu i serca żeby osiągnąć równowagę. Czy da się? - Ktoś zapyta. A da się, tylko... czy chcesz? ;) Jak w piosence - wszystko się może zdarzyć gdy tylko czegoś pragniesz, gdy bardzo chcesz.
Przede wszystkim słuchaj sumienia, siebie a nie forów, tabloidów i innych pierdół łącznie z ludźmi, którzy lubią innym układać życie. Tu nie ma miejsca na duperele. Tu jest walka o Ciebie!
Nie ważne kim jesteś - masz prawo do szczęścia zgodnie z własnymi potrzebami. Celem bycia tu i teraz jest bycie w zgodzie ze sobą - nie z sąsiadem z parteru czy z panem listonoszem.
Postaraj się znaleźć czas na ciszę. Czas dla siebie - tylko i wyłącznie. Zapomnij o pracy, zapomnij o praniu i o tym, że jutro dwudziesty dzień miesiąca a na koncie zero. To jest teraz nie istotne. Zrozum, że szczęście jest zupełnie gdzie indziej niż w stanowisku jakie piastujesz czy w zarobkach. Mówimy o prawdziwym szczęściu człowieka, nie pracownika.
Zapytasz może: A co, jeśli moja praca to moje szczęście? Odpowiem subiektywnie: jeszcze długa droga przed Tobą. Status społeczny to jedno, bycie sobą, to drugie. Można mieć wysokie poważanie zupełnie będąc oderwanym od własnego jestestwa. Nikoś Dyzma - mówi Wam to coś. Albo Kiler. Nikt ważny. Jeden grabarz, drugi kierowca taksówki. Oboje są zwykłymi obywatelami, którzy przypadkiem pojawili się w dziwnych okolicznościach, które dały im karierę. Niby możliwości ogromne, ale to nie ich światy. Nie chciej być taką postacią. Dąż do pozostania tym "nieszczęsnym" grabarzem ale bądź sobą. Własną pracą zyskuj poważanie a nie polegaj na przypadkach. Prędzej czy później noga się potknie i koniec. Nie dość, że stracisz wszystko, co udało się sztucznie zyskać, to jeszcze stracisz to, co było przed. Będziesz nikim o oczach ludzi. Aby budować nowe fundamenty należy znaleźć twarde podłoże. Co nim będzie zależy od celu, do którego zmierzasz. Uwaga, na kolejną bardzo ważną rzecz! Jeśli już zaczynasz budować na skale. to do jasnej cholery nie buduj domku z kart. Zainwestuj. Kup ten kamień, cegłę i zaprawę. Postaw coś solidnego a nie barak.
Szanuj własną pracę. Bądź szczery i jasno wyrażaj myśli pełnymi zdaniami. Nie ma nic gorszego jak błędy przez niedogadanie, szczególnie na samym początku. Możesz postawić krzywo fundament i dalej stawiać ściany, owszem. Natomiast lepiej od razu się podetrzeć tą walutą - będzie z niej lepszy
pożytek. My, ludzie, niestety mamy taką przypadłość, że sami sobie lubimy rujnować życie, przez lenistwo i głupotę lub rezygnację. Ale, do cholery, weź dupę w troki i bierz się za robotę, bo tylko od  Ciebie zależy efekt. Zawaliło się coś? Stawiaj od nowa, może zmień metodę. Brak materiału? Szukaj, pytaj. Najgorzej jest zarzucić wszystko i zalec z wymówką: Bo mi nie wychodzi...
To, kurwa, rób aż wyjdzie. Do porzygu!
Wiesz czego chcesz, masz wizję jak być powinno a jak jest teraz. Oddziel dobre od złego. Nie wyciągaj średniej. Albo chcesz zmiany albo w kółko chcesz łatać tą samą dziurę. Zastanów się.
         Wiem sam po sobie, że droga do zmian potrafi trwać latami. Ja szukałem swojej drogi i ją znalazłem. Zajęło mi to dekadę. Od kilku miesięcy przeżywam rewolucję swojego ja, będącą wynikiem zrozumienia wszystkiego co jest już za mną fizycznie, a drążyło mój umysł. Zmiana wymaga refleksji i obserwacji. Otwartego umysłu i serca oraz chęci czynienia dobra bezwarunkowo.
Należy trwać przy nadziei, że się uda i nie oczekiwać nic. Po prostu robić swoje. Być najlepszą wersją siebie.

To tyle, co mam Wam dziś do przekazania.

16 czerwca 2019

Priorytety, ludzie, relacje.

         Czołem! Dziś nastąpił dzień kiedy postanowiłem popełnić dłuższy wpis o temacie który wałkuję w rozmowach z ludźmi już od miesiąca. Nie dość że o nim rozmawiałem, to jeszcze sam doświadczyłem zjawiska na własnej skórze. Otóż rozchodzi się o rangę znajomości i funkcję pełnioną w społeczeństwie oraz savoir-vivre w życiu. W skrócie- nie bądź paskudnym debilnym chamem.
Temat dotyczy imprez. Domówek, wesel, wyjazdów za granicę itp. w których bierze udział więcej niż 5 osób.
         Czy zdarzyło się Wam że ktoś o Was "zapomniał" zaprosić albo, co gorsze, zaprosił z łaski jako piąte koło u wozu? W takich chwilach ma się ochotę wsadzić laskę dynamitu pod cały interes. Pół biedy jeśli masz osobę towarzyszącą. Nie ważne czy kolega z kolegą czy z koleżanką etc..  to nie istotne. Jeśli masz u boku osobę drugą, zawsze jakoś albo przetrwasz ten cyrk albo ładnie po angielsku wyjdziesz w inne miejsce, neutralne, do klubu na mieście gdzie spędzisz czas w normalnych warunkach.
Ostatnimi czasy zauważyłem że plagą jest zjawisko popełniania faux pas względem znajomych. W ostatnich dwuch miesiącach zahaczyłem o 5 imprez. Zwykła domówka, urodziny, wesele, znów urodziny i ślub. Trzy z tych imprez było pomyłką którą zmarnowała mój czas i zasoby finansowe. Choć jedna nie do końca.
Wesele: no niby wszystko super ale dziwnie było się odnaleźć w społeczeństwie gdzie są dwa różne światy i czujesz że jesteś tam tylko żeby nie było, że Cię nie było. Po prostu. Nuda i monotonia w tematach przy stole, bo przecież ludzie swojego życia nie mają- muszą wchodzić w Twoje. I ogólnie o to chodzi. Fartem było że nie byłem tam sam. Na nieszczęście tej drugiej osoby to ją maltretowano. Dobrze, że było nas dwoje. Był powód do wyjścia gdzieś na bok. Urodziny: znów we dwoje i to poczucie że coś jest nie tak. Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że w sumie nie wiadomo po co się tam było a w dodatku wszyscy znają brudy kwasu jaki powstał między kilkoma osobami. Ha! Loża szyderców pod przykrywką dobrej zabawy i sztucznego uśmiechu. Żenada.
Ślub: tak się składa że jestem członkiem kilku związków. Kolega z jednego z nich wczoraj brał ślub. Specjalnie pod tą okazję  ustawiony jest wyjazd paczką na urlop. Wszystko było pięknie. Miałem zaklepane pole namiotowe za dychę i miało być sielsko. Wszystko trafił szlag przez dezorganizację. Zostałem zmuszony wykupić dostawkę na dwie dobry w hotelu za 140zł, siedzenie samemu cały boży dzień w mieście, gdzie jedyną rozrywką jest jazda autobusem po mieście... Super zajebiście, że z całej paczki na wesele poszli wszyscy, poza mną. Znamy się z tym koleżką już ładnych parę lat z niejedną akcję razem przeżyliśmy. Ale okazuje się że współlokator zasługuje na bycie na weselu, ja nie. I nie, nie chodzi i żarcie czy samą zabawę, nie. Bardzo dobrze bawiłem się w tym czasie w klubie na mieście. Chodzi o fakt, że już teraz wiem, że to towarzystwo traktuje mnie jak piąte koło. Plus jaki widzę, to to że wiem już jak postąpić dalej. Po prostu się odciąć. Zero, kurwa, spoufalania więcej i chodzenia na rękę. Zero poświęcania własnej energii i czasu wolnego. Nawet nikt się nie zapytał czy mam co ze do zrobić w czasie gdy inni będą się bawić. Zajebiste podejście. Tym sposobem pokazali mi ile sami są warci.
Co dla Was ma być przekazem z tej opowieści? Otóż obserwujcie czy ludzie Was traktują poważnie, czy tylko udają aby wydoić z Was energię roboczą. Jeśli tylko poczujecie niesmak, niech będzie to lampka kontrolna. Zweryfikowana sytuacja zwiększa szansę nie bycia robionym w chuja. Ja jakoś ten wyjazd i następny, z którego się nie wykręcę z powodów formalnych, przecierpię. Dalej będzie tylko pustynia. Będę ja i MOJE życie. Bez angażowania się w jakieś ceregiele bez pokrycia w postaci chociażby strat moralnych. Szkoda życia na takie towarzystwo. Kobiec

10 marca 2019

Dokąd pędzą ludzie i co z tym zrobić?

         Odnoszę silnie permanentnie wrażenie ambiwalentności w którą brnie ludzki świat. I nie wiem czy to z powodu mojego konserwatywnego punku widzenia, czy dlatego że rzeczywiście coś idzie nie tak.
Wszystko zdaje się tracić swoje ramy, normy- gubi swoją tożsamość. O ile zawsze następowały zmiany w różnych dziedzinach życia, tak teraz to się niejako zupełnie rozmywa. Argumenty za i przeciw są oparte na emocjach, a te zazwyczaj są złymi doradcami. Nie można z ich użyciem prowadzić dialogu. Brak dialogu to brak porozumienia. Bez porozumienia, nie ma wspólnoty, bez wspolnot nie tworzą się grupy i każdy jest totalnie niezależną jednostką bez odpowiedzialności za innych. Wygodny, ale nie ludzki jest taki obrót spraw. Stąd są rozwody, decyzje o byciu singlem, związki partnerskie itp. Ludzie nie chcą się angażować. Dlaczego? Strach, niechęć albo zagubione umiejętności są temu winne. Z dwóch pierwszych jeszcze w miarę łatwo wyjść natomiast z trzecim już pojawia się taki problem, że należy się tego nauczyć. Niestety ludzie są zbyt leniwi na to. Tak myślę, bo to obserwuję. Poza tym wszyscy ślepniemy. Oczywiście nie dosłownie, tylko w przenośni ponieważ nie dostrzegamy tego co nas bezpośrednio dotyczy. Przestajemy czuć te tak zwane wibracje odpowiedzialne za to co czujemy i jak czujemy. W większości przypadków czujemy, że czegoś nam potrzeba, ale ni chuj nie wiadomo czego albo częściej kogo. Snujemy się w tym nudnym jak śniadaniowe programy życiu nic nie osiągając przez wieczne skupianie się na łataniu dziury półśrodkami. Na chwilę jest spokój a za moment znów zapadlina.
         Jak sobie z tym poradzić, ktoś zapyta. A no nie inaczej jak być człowiekiem myślącym samodzielnie. Człowiek to istota społeczna i heterogeniczna, co wiąże się z ogromną paletą wyboru osób, które nas zafascynują. Tylko otworzyć się trzeba i nie czaić. Nie wstydzić. Poznawać się, rozmawiać, spotykać, umawiać, przyjaźnić, zaręczać jeśli już spotkasz tą jedną czy tego jedynego. Po prostu żyć wśród ludzi.

26 lutego 2019

Przewartościowywanie sytuacji, czyli jak poradzić sobie z trudnymi sytuacjami.

1Uświadom sobie co Cię trapi.
1.1 Podziel trudności na kategorie dzieląc na źródła pochodzenia.
- Praca
- Życie towarzyskie
- Dom
- Etc
1.2 Opisz każdą sytuację.
2 Przystąp do zastanowienia się w jakim stopniu frustrują Cię poszczególne sytuacje.
2.1 Przyjmij, że każda ta sytuacja jest neutralna i nie ma żadnego wpływu na Twoje samopoczucie.
2.2 Opisz stan zadowolenia z takiej formy. Jeśli nie widzisz sensu przejdź do punktu 2.3.
2.3 Nadaj wprost proporcjonalnie odwrotną wartość tym sytuacjom z punktu 2. Przyjmij, że jest co powszechnie występujące zjawisko ale jednocześnie zachowując sto procent asertywności. Uświadom sobie że nikt nie ma prawa Cię gnębić a Ty masz prawo się bronić. Nie wpadaj w złość, tylko ze spokojem mów otwarcie swoje racje na forum wobec agresora. Rozmawiaj wprost z ludźmi dookoła o problemach które dostrzegasz. Nie inni wiedzą, że jesteś gotów podjąć ofensywną obronę. Jeśli ktoś Ci wytyka niesłusznie wydumane lub w  przejaskrawiony sposób błędy, Ty sam sobie dołóż do pieca. To działa na zasadzie zabijania klina klinem. Agresor straci argumenty wiedząc, że po Tobie jego słowa po prostu spływają jak woda po kaczce. Jeśli ktoś będzie Cię obgadywać za plecami lub na forum głosić nieprawdę, Ty z premedytacją drwiącym głosem powtarzaj te głupoty. Przecież jak to dobrze czesem mądrego posłuchać . Nie bierz do siebie tego co ludzie mówią niesłusznie.
3 Zachowaj zdrowy rozsądek.
3.1 Jeśli masz wątpliwości co do zarzutów, najpierw przemyśl sprawę bo może rzeczywiście popełniłeś błąd. W takim przypadku przyznaj się do winy, ale! Nie kajaj się, nie uniżaj. Każdy popełnia błędy! Powiedz, że Ci przykro i postarasz się więcej nie zchrzanić. Proste, prawda?
3.2 Nigdy, ale to nigdy nie nastawiaj się całkowicie negatywnie do agresora. Jak masz okazję wejdź mu lekko w tyłek. Podbij jego ego, niech ma sztuczne wrażenie władzy nad Tobą ale jednocześnie niech wie, że masz wszystko pod kontrolą i też śledzisz jego poczynania.
4. Zawsze dokładnie sprecyzuj swoje racje jeśli wejdziesz w dyskusję. Tego samego żądaj od rozmówcy. Jeśli nie dostaniesz wyjaśnienia, olej dyskusje i postępuj jak w punkcie 2.3.
5 Ciesz się wolnością słowa i czynu!

10 maja 2018

Jak nie być śliską rybą lub oschłym gadem. Poradnik dla niej i dla niego.

         Siema! Łot downa ni byo nic konkretnego, nu to tera mata to XD Czytaj dalej :P
Ponieważ moja natura jest mocno ukierunkowana na analizowanie różnych aspektów, nie mogło się i tym razem obejść bez analitycznego artykuliku. Bo czemu nie? Tym bardziej, że temat jest moim zdaniem dość poważny.

         Kto ma kontakt z innymi ludźmi lub śledzi ciekawostki socjologiczne, obserwuje- ten sam wie, że obecnie ludzie, szczególnie między 15 a 30 rokiem życia są bardzo mocno nacechowani autodestrukcyjnymi zapędami. Nie mówię o wszystkich, ale o pewnej grupie.
Główną cechą tych ludzi jest olewanie otoczenia, które chce zwrócić na siebie ich uwagę. To tak ogólnie mówiąc. Konkretnie skupię się na relacjach damsko męskich.
Może nie tylko ja to zauważyłem, że dziewczyny stały się jakieś dziwne. Z jednej strony odpicowują się jak tylko mogą na imprezy, do pracy, szkoły... no gdzie się da ( mowa cały czas o singielkach i singlach) by zwrócić na siebie uwagę płci przeciwnej, co jest oczywiste nawet, gdy twierdzą inaczej. Tak samo faceci wbrew pozorom się stroją, pakują na siłce etc. Ale mniejsza o fizyczne niuanse.
Problem zaczyna się w komunikacji werbalnej. Taka sytuacja, jedna z milionów na świecie:
Chłopak podchodzi do dziewczyny, po prostu zagaduje ale ona od razu traktuje go jak gówno. Szczególnie w klubie to widać. Pies pogrzebany nie jest w tej jednej sytuacji, ale w tym, że ta dziewczyna za chwilę potraktuje tak całą resztę chłopaków, którzy podejdą do niej tej nocy. Koniec końców wyjdzie z klubu sama, tańczyła sama, piła sama... a wypindrzyła się cholera wie po co. Chłopaki też potrafią być dziwni, ale chyba bardziej świadomie. Zdradzając rąbek tajemnicy paniom:
Jeśli chłopak widzi dziewczynę nieatrakcyjną dla niego, od początku unika kontaktu. Jeśli zaś dziewczyna mu się podoba jakkolwiek, nie będzie kontaktu unikał. Dziwactwo polega na tym, że nawet jak mu się dziewczyna spodoba, to on nic z tym nie zrobi. Dlaczego? Bo nie chce być potraktowany jak gówno.
Inna sprawa.
         Spotkania czy tam randki albo nazwijcie jak chcecie:
Jeśli umawiasz się z kimś, a nie chcesz związku ale widzisz, że druga strona ewidentnie na Ciebie choruje, to zaznacz od razu granice i oczekiwania od waszej znajomości a nie, do kurwy nędzy, udajesz niemca i liczysz, że jakoś to będzie i niech się domyśla. Tak się, kurwa, nie robi. Jeśli tak robisz, to palnij się w łeb łopatą. To jest największa głupota jaką osobiście znam. Co innego, kiedy nie wiesz co druga strona czuje, bo tak się kryje. Na to nie ma mocnych. Wtedy żywioł, jak bańka pęknie, wtedy trzeba szybko reagować. Po prostu.
Natomiast jeśli uważasz, że można się z kimś spotykać i traktować go jak zabawkę, to może po prostu się zabij.. nie wiem.. zniknij?! Ogarnij się, do cholery! Szanuj czyjś czas. Jeśli się umawiasz z wyprzedzeniem, nie odmawiaj z byle powodu na godzinę przed. A najgorsze jest się umówić, nie przyjść i jeszcze wyłączyć telefon. To jest skraj ignoranctwa i braku szacunku. Jeśli nie chcesz się umawiać, to mów jasno: NIE CHCĘ SIĘ SPOTYKAĆ a nie pierdol farmazonów o chorym piesku i paznokciach które akurat w dniu waszego spotkania musisz zrobić koleżance.
Panowie to samo. Jeśli już się umówicie, to pójdźcie. Nie musicie iść drugi raz. Ale kurna... skoro się umawiasz, miej jaja i dokończ a potem zakończ.
Inna jeszcze rzecz:
         Co do samych randek - jeśli randka, to intencja wiadoma. Osobiście wkurza mnie nazywanie radnek spotkaniami. Nie wiem, który skórwesyn tak zdemonizował to słowo, ale jeśli dobrze kombinuję zrobił to świat PUA. Bo przecież randka jest oficjalnie spotkaniem osób, które się sobie podobają, a spotkanie nie jest wiążące aż tak. No, a niestety w świecie PUA swego czasu było więcej napalonych ruchaczy, którzy nie potrafią myśleć mózgiem ale są specjalistami w myśleniu wackiem. Ohyda!
I sam nie wiem, czy dziewczyny stały się takie śliskie przez podejście niektórych facetów do tematu, czy to faceci stali się zniewieściali albo napaleni... no nie wiem po prostu. Ale wkurza mnie, kiedy podchodzę do człowieka na ulicy, do jakiejś dziewczyny i w oku widzę napis: czego, kurwa?! Wypierdalaj! - podczas, gdy czasem potrzebuję zapytać o godzinę, czy po prostu zagaić w kolejce, bo mi się nudzi. Wiecznie tylko widzę po minie tekst w jej głowie: daj mi koleś spokój. Co najmniej tak, jakbym był czemuś winny. No i chyba my faceci jesteśmy winni. Jesteśmy winni luzu i dystansu. Ale czy zawsze? Kiedy podchodzą do nas naprane alko laski w klubie, normalny facet opędzi się od nich. Desperat zaprosi do stolika a ruchacz... wiadomo...
        No, dobra bo mi się forma rozmywa. Chce mi się spać powoli, więc może przejdę do końca i jakoś zreasumuję myśli:
      
Jeśli traktujesz facetów jak gówno a jesteś singielką - powodzenia w byciu starą panną albo w byciu żoną łajdaka.
     
Jeśli traktujesz dziewczyny przedmiotowo - jesteś zwykłym chamem i burakiem. Nic nie warty.

Jeśli traktujesz spotkania z facetami jako zabicie nudy i dajesz im nadzieję -jesteś jędzą. To samo panowie - jesteście dupkami.

Jeśli nie podoba ci się dziewczyna/facet, nie umawiaj się na spotkania sam na sam.

Jeśli się sobie oboje podobacie, kiedy jedna ze stron zaprasza na wyjście sam na sam - zgadzać się i nie pytać o nic.

No i to tyle.

A nie! Jeszcze jedno:
Nie szukać! Nie szukajcie związku, bo tu działa prawo Murphy'ego. Po prostu dajcie się dziać temu, co się aktualnie dzieje. Ale jeśli Was sieknie, zapraszajcie się na randki!

21 marca 2018

Bierna uczuciowość.

         Sponsorem tegoż komentarza do problemu bierności w uczuciach jest brak innego tego typu tekstu w sieci(przynajmniej ja nie znalazłem).
Problem jest ciekawy i napawający smutkiem zarazem. Jest tak dlatego, że niesie on ze sobą całą gamę doznań różnego typu, które ostatecznie i tak zmierzają ku negatywnym skutkom.
Rozchodzi się ni mniej ni więcej o to, że da się jednocześnie odczuwać silnie uczucia, ale świadomie nie dawać im wyjść z siebie i całą tą sytuację zepchnąć świadomie do podświadomości, potem o tym zapomnieć i tak żyć. To jest jak utajniony wrzód na dupie. Coś swędzi więc to olewasz ale jak już znacznie napierdalać, to leżysz i kwiczysz. To obrazowo przykładowo może wyglądać tak: była kłótnia między dwojgiem ludzi, pożarli się jak psy. I jeden i drugi nie mieli racji ale żaden nie przyzna się, że kłótnia była o nic. I teraz każdy z nich wie, że trzeba się pogodzić, ale nie! Bo duma ważniejsza mimo wszystko. Jeden i drugi się spotykają, dalej drą koty i chociaż ich rozrywa od środka przez to udawanie, to nie zmienią tego. I to tak się pogłębia i pogłębia... i to jest to spychanie. Chcę, czuję potrzebę ale nie realizuję jej, bo coś tam. Byle gówno jest wymówką. I tak trwonimy życie na pierdoły. Bierność w uczuciach i emocjach to lęk przed życiem na głębokiej wodzie. To lęk przed ryzykiem.  Strach przed rozwojem. Skąd to się bierze? Z tego chorego świata głupich bzdur wciskanych nam podprogowo. To te kolorowe tabloidy, które pokazują pozornie idealny świat. Ale ten świat jest z plastiku, z kartonu. Jedna iskra i ten świat znika a pozostaje smród i niesmak i wielkie zdziwienie, bo nagle powstała pustynia pokryta popiołem. I takim popiołem można sobie już tylko głowę posypać na znak przyznania się przed samym sobą- o jaki ja głupi człowiek byłem. Taka bierna uczuciowość występuje też w relacjach damsko-męskich. Mam na myśli sytuację, że jedno albo drugie się z kimś spotyka, wszystko idzie w stronę czegoś łał, ale z automatu to łał nie jest dopuszczone do realizacji. Dlaczego? Ze strachu, przez uraz z przeszłości, z niepewności... 
różnie bywa. W każdym razie w pewnym momencie nasz pacjent wygasza relację i zaniechuje kontaktu. Wszystko by uniknąć kolejnego ewentualnego ciosu w serce. I tak sobie w pseudoświadomości swojego singielstwa z powołania. A to gówno prawda. To właśnie ta bierna uczuciowość go katuje swoim jarzmem. Pacjent kocha, ale sam przed sobą się zaprze i sam sobie znajdzie dowody, że nie kocha, nawet jeśli to będą jakieś mrzonki. Bierność taka jest okrutnie niszcząca. I w sumie sądzę, że psychologia jakoś to tłumaczy, ale nie wiem, nie czytałem o tym. Piszę od siebie. Jeśli ktoś chce, niech się wypowie, pogadamy w komentarzach. 
No, ale wracając do sedna: Uczucia uwięzione i usilnie zapominane zawsze wrócą z podwojoną siłą. Kiedy wracają, nie są już takie subtelne. Wtedy jak już przydupią, to potrafią taką chandrę wrzucić na ruszt, że aż człowieka pali żywym ogniem.
Tak sobie słucham, co ludzie mówią: ja nie potrzebuję żony, nie potrzebny mi mąż, nie chcę dzieci...
I może rzeczywiście, niektórzy mówią to w pełni przemyślanie i świadomie. Ale większość, sądzę, mówi tak i robi ze strachu. Co jak co, ale utrzymanie dzieci, ogólnie rodziny do tanich zadań nie należy a zarobki są chujowe w tym pełnym dobrobytu XXI wieku. 
         Co tu więcej... nic więcej nie dodam do powyższego ani tego nie skrócę. Wszelkie wątpliwości pisać w komentarzach. Jeśli się mylę, poprawić.

11 stycznia 2018

Takie głupoty próbują nam wciskać - o parach i singlach na weselu

         Ostatnio trafiam na fejsie na co raz, to głupsze artykuły pozbawione sensu logicznego.
Dziś natrafiłem na taki poradnik, który najpierw przeczytaj zanim przeczytasz moje hejty -
oto link: https://www.papilot.pl/slub-i-wesele/6-powodow-dlaczego-wesele-bez-osoby-towarzyszacej-to-zazwyczaj-dramat,30667,1

OK! Przeczytane?
Lecimy zatem:

Tytuł jest baaardzo sugestywny wbrew pozorom. >>> 6 powodów, dlaczego wesele BEZ OSOBY TOWARZYSZĄCEJ to (zazwyczaj) dramat<<< Dodawanie nawiasu w przypadku takiej tematyki nie ma sensu. Tekst jest skierowany do kobiet, a więc do istot bardzo wrażliwych. Kobieta szuka odpowiedzi jasnej TAK/NIE. Tutaj na dzień dobry dostaje sugestię, że parter musi być.

Punkt pierwszy:

 Zakłada on z góry, że zaproszenie z osobą towarzyszącą jest źródłem stresu. Następnie zakłada drugi najgorszy scenariusz, że nie ma sensu ryzykować pójścia samemu. Zupełnie jakby pójście z kimś z kim nie jest się w związku było takie bezpieczne i super.

Punkt drugi:

Że jak?! BĘDZIESZ MUSIAŁA się tłumaczyć?! Nooo, jasne, bo przecież nie można być dyplomatycznym i asertywnym i unikać tematu. Poza tym, wypytywanie przez innych będzie świadczyć o ich braku kultury. Ktoś przyszedł sam, to nie drąż tematu. Jeśli zechce, sam poda powody. Zostaw, nie ruszaj! Tylko osoby nie mające własnego życia zajmują komuś czas takimi rzeczami. Olej wampiry energetyczne! Nikt nikomu nie musi się tłumaczyć. Wesele, to nie przesłuchanie, sala weselna nie komisariat.

Punkt trzeci:

Pary będą zajęte sobą. No... jeśli są aspołeczne, owszem. Poza tym idąc samemu, trzeba brać pod uwagę, że trochę drętwo będzie natomiast z doświadczenia wiem, że można zakolegować się z obsługą lokalu czy z zespołem. Bo czemu nie? Czy wesele musi obracać się wokół rodziny tylko i wyłącznie? Wystarczy pogłówkować troszkę i mieć choć ciut kreatywności w sobie. Poza tym można samemu rozkręcić taką bibę jak reszta popije, że hej! Nie jedną domówkę rozkręcałem idąc bez pary.

Punkt czwarty:

Aha... autor zakłada, że samemu tańczyć się nie da. Dziwne, bo w klubie jakoś całe krocie tańczą samotnie i mają się świetnie. Litość od innych w postaci zapraszania do tańca. Hmm... raczej tylko po pijaku bo żona już nie chce a starszemu panu spodobała się młoda frelka i wychodzi z założenia, że na weselu nie wypada jej odmówić... tya, no.. yhym a w mym oku jedzie czołg i strzela!

Punkt piąty:

Wmawiajmy dalej dziewczynom w kropce, że będą się gorzej czuły! Na pewno tak się stanie!
Otóż, dlaczego masz się gorzej czuć, skoro to oni mają problem z tym, że jesteś tam sama? Pierdol ich, poczuj, że miałaś odwagę na ten ruch i jesteś sobą. Że nie podlegasz pod czyjeś zachcianki. Jesteś dorosłą osobą i podejmujesz własne decyzje. Iść samemu na wesele, to nie zbrodnia, to objaw odwagi.

Punkt szósty, mistrzowski!

NIKT SIĘ O CIEBIE NIE ZATROSZCZY.

Jakim chujem trzeba być, by nie otoczyć kogoś opieką, gdy tego potrzebuje. To ma być wesele, czy bal egoistycznych samolubów? Chyba odpowiedź jest jasna.

Punkt siódmy:

Aż skopiuję tekst dla przypomnienia:
TO MAŁO EKONOMICZNE ROZWIĄZANIE

Już dawno minęły czasu prezentów od serca. Dzisiaj obowiązkowo musisz podarować młodej parze kopertę. Kwota zależy od stopnia znajomości, ale to zazwyczaj kilkaset złotych. Gdybyś szła z partnerem, on z całą pewnością by się dołożył. W przeciwnym wypadku cały finansowy ciężar spada wyłącznie na Ciebie.

Ja pierdziu... serio!?! Kto to pisał?  Na każdym zaproszeniu jest napisane, by określić się do konkretnej daty czy idzie się z kimś, czy samemu. Logiczne, że jeśli samemu, hajs daje się od siebie, a nie za Yeti. Po drugie: prezenty od serca nadal istnieją. Jest ich mniej, ale są. Więc kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo! Poza tym, no... uważam, że jeżeli to ja kogoś zapraszam jako osobę towarzyszącą, nie mogę jej obciążyć kosztami. Po pierwsze to zaproszenie ze względu na mnie, po drugie, osoba towarzysząca może musieć kupić odpowiedni stój na to wydarzenie. Są to dość spore kwoty. Sukienki, garnitury, buty i dodatki tanie nie są.


Reasumując:

Wieki całe nie czytałem takich durnot w internecie ani w żadnej gazecie. Jest to zaprzeczeniu samorozwoju i wręcz namawiania do cofania się w nim. Zero pozytywów w tym poradniku. Wszystko założone z góry imperatywnie. Masakra, że takie teksty istnieją. Powiem Wam tak:
Jeśli macie problem z tym, jak się zachować w przypadku takiego zaproszenia, zapytajcie siebie w lustrze, czy stać Was na to, by iść samemu, czy dla świętego spokoju molestować koleżanki, czy kolegów aby z Wami poszli. Dlaczego? Bo a nóż zaprosicie osobę, która się w Was podkochuje, Wy w niej nie i wyjdzie z tego takie gówno.... I po co?! z braku pewności lepiej zrobić wbrew innym niż wbrew sobie. O!
I to tyle na ten temat.





10 stycznia 2018

O moralniaku.

         Moralniak, czyli kac moralny. Definicja mówi o nim, że jest to rekcja organizmu po grubej imprezie z alkoholem i innymi używkami. Ja dziś użyję go w innym znaczeniu, to znaczy
w znaczeniu pod kątem moralności, etyki i dobrego zachowania względem siebie i innych.
Otóż, z moich obserwacji wynika, że kac moralny właśnie z takimi wartościami jest kojarzony.
Sam zawsze w takim kontekście używam tego określenia. I nie koniecznie musi to być związane
z imprezowaniem. Kaca moralnego można mieć po nieprzemyślanej awanturze, kłótni,
 po pochopnym podjęciu decyzji, która ma długofalowe skutki etc.
        Czy zatem słownikowa definicja nie zawiera błędu semantycznego?
Co innego złe samopoczucie organizmu, a czym innym jest zły stan serca, umysłu i uczuć.
Można czuć się fatalnie fizycznie, ale świetnie duchowo i w drugą stronę, prawda?
To z góry wyklucza definicję słownika. Zatem, dlaczego mówimy o kacu moralnym?
Otóż każdy, ale to każdy z kim rozmawiam a wspomina o kacu moralnym, odnosi się do swojego postępowania względem siebie, innych, czegoś-na przykład zwierząt, roślin, obiektów.
Mówiąc o kacu moralnym, mamy na myśli to, że informujemy rozmówcę o tym, że zdaliśmy
albo zdajemy sobie dopiero sprawę z tego, że coś zrobiliśmy źle. Nie ważne o czym mowa, bo to jest zależne od indywidualnej wrażliwości/bojaźliwości. Czasem gruboskórności albo ciamajdowatości.
Kac moralny jest czymś, co w pewnym stopniu pokazuje przeżywającemu go jego charakter. Wychodzą minusy tej osoby i ona jest ich już świadoma. Problem polega na tym, że smutek,
 żal, melancholia towarzysząca kacowi moralnemu związana jest z tym, że nie chcemy dopuścić
do światła dziennego tego przykrego odkrycia. Dusimy w sobie prawdę, i takie są tego efekty. Duszenie prawdy samo w sobie powoduje moralniaka. Na pewno choć raz spotkaliście się z taką sytuacją, że nie mogliście komuś o czymś powiedzieć a czuliście, że powinniście.
To złe samopoczucie też wiąże się z etyką i moralnością - tutaj stricte z przyzwoitością.
          W sumie z mojej strony temat wyczerpałem jak na ten moment. Może kiedyś napiszę coś więcej. Reasumując powyższe: Kac moralny zawsze jest wynikiem duszenia w sobie prawdy odkrytej w wyniku popełnienia nieodpowiedniego czynu w każdej dziedzinie życia.


10 grudnia 2017

Ironia losu.

Wyobraźmy sobie taką sytuację:
Jest sobie ktoś, kto żyje codziennie tym samym; praca, dom, zakupy i spotkania z ludźmi. Całe wolne chwile poświęcenia aby posiedzieć ze znajomkami po ciężkim dniu. I tak na okrągło. Z czasem się okazuje, że ktosiowi potrzeba zmiany klimatu. Ktoś podejmuje decyzję zmiany miejsc i poznania nowych ludzi więc idzie tam, gdzie jeszcze go nie było, sam, bez nikogo w zapleczu. Wysilił się, by pokonać dyskomfort wynikający z nowego doświadczenia a za chwilę i tak dostanie kubeł zimnej wody na łeb. Otóż, okazuje się, że poza miejscami nic się nie zmienia. Dookoła tacy sami ludzie, takie samo ich podejście do życia, te same zajawki i te same imiona. W kółko tylko jasie i małgosie. Żadnej świeżości. Z jednej strony ok... wiadomo, że nic fizycznie ktosiowi nie grozi, natomiast psychicznie jest to już mordowanie umysłu. To jest jak reinstalowanie programu operacyjnego bez usunięcia wirusa...
To jest piękne, że nie ma różnorodności... no, cudowne. - to zdanie dotyczy ktosiów, co nie rozwijają się, tylko kiszą we własnej śmietance towarzyskiej. To pewnego rodzaju obcy, bądź ameby. Sami dobierzcie odpowiednią nazwę.
No i w końcu wracając do przekleństwa w postaci niemożliwej ucieczki od rutyny trzeba zaznaczyć najważniejsze coś w tym wszystkim. Tym najważniejszym coś jest bycie skazanym na wieczną tułaczkę z nastawieniem: a nóż się uda! - chociaż to utopia. Aby doszło to do skutku, należy zrezygnować z siebie a nie o to w tym przecież chodzi. Jeśli pomyślisz zaraz o izolacji, odseparowania się od świata i ludzi, szybko odrzuć ten chory pomysł. Nie jest to lekarstwem tylko gwoździem do trumny. Co więc z tym zrobić? Szczerze powiedziawszy, to za cholerę nie wiem. Wszystko oscyluje wokół życia w zawieszeniu pomiędzy młotem a kowadłem.

31 października 2017

Świat rozrywki w tym poskładanym świecie codzienności.

         Czasami zastanawiam się tak szczegółowo, jak poskładany jest ten nasz świat. Nie nam na celu omawiania filozoficznego, bo trwałoby to bez końca... chcę ugryźć temat stricte przyziemnie. Należy też wpomnieć chociaż i o tym, że ekspertem nie jestem, natomiast mam swój chłopski rozum i nim zawsze się kieruję (więc paradoksalnie jestem ekspertem w dziedzinie posługiwania się WŁASNYM rozumem).
To, co popycha mnie od dawna do spreparowania owego tekstu, to totalne, ponowne zdziwienie się tym, co wydawało mi się być znanym i z r o z u m i a n y m. Pantha rhei - stwierdził Heraklit i to prawda. Wszystko płynie, a więc ulega przemianom. To jest pierwszy i ostatni motyw z filozoficznego punktu widzenia. Dalej będzie tylko płacz(ze śmiechu od drwiny) i zgrzytanie zębów(ze złości). Tym, co chcę dziś poruszyć, będzie zabawa i zachowania ludzi w takiej sytuacji.
Każdy przynajmniej pamięta dyskoteki szkolne, na których to zawsze było dość niezręcznie. A bo to nie wiadomo jak się zachować na dyskotece, a bo są dziewczyny i... co dalej? -przecież wtedy jeszcze sztamę trzyma się z kumplami a dziewczyny, to inny gatunek. A bo to jeszcze nauczyciele patrzą... Zawsze był jakiś motyw, który powodował usztywnienie atmosfery. Ale to zostawmy. Bardziej interesujące jest dla nas życie po osiemnastce. Wtedy zaczyna się samo życie. Jedni tylko chodzą do szkoły a po szkole wychodzą po prostu na dwór. Inni, ci o których tu mowa, zaczynają życie klubowe. Balanga od dawien dawna towarzyszy głównie młodzieży. Z początku jest to wynikiem chęci wyzwolenia się z dziecięcości a potem staje się to stylem bycia w świecie. Jedni rozpoznają granicę przyzwoitości inni wpadną w wir melanżu po uszy. Załóżmy, że cały tekst oparty będzie na przykładach ludzi, którzy na drodze wychowania nabyli dobrej jakości savoir-vivre. I teraz: podzielę to na dwie kategorie. Pierwsza kategoria będzie dotyczyć osób, które nadal budują swój poziom, samorozwój i empatię. Druga kategoria, będą to osoby traktujące życie dość lekko i zbywalczo. To o nich głównie chcę tu sprawić. Pierwsza grupa, to ludzie wiedzący czego chcą od życia. Mają swój cel do którego zdecydowanie dążą a ponadto ciągną za sobą innych do rozwoju. Świadomie. Takie jednostki są najbardziej godnymi zaufania pod wieloma względami. Dlaczego tak jest, o tym sami sobie już pomyślcie. 
         Kiedy taki przykładowy Kowalski i przykładowa Kwiatkowska pójdzie w miejsce publiczne, na zabawę typu koncert, klub czy inne bardziej wyszukane formy rozrywki jak teatr czy opera- zawsze odnajdą się w sytuacji. To kwestia aparycji i umiejętności podkreślenia jej dopasowanym akcentem z animuszu. Skupmy się na klubie. Pierwszy na ogień pójdzie nasz Kowalski. Podobnie będzie w drugiej kategorii. Wyobraźmy sobie typową scenę w klubie. Kowalski schludnie ubrany wchodzi do klubu, wita się z ochroną i sam, podkreślam, sam ustawia się do kontroli na bramce. Dalej pewnym krokiem idzie do kasy i z uśmiechem do osoby w kasie po bilet. Wchodzi na salę na chwilę przystając w wejściu by rozejrzeć się i dać się zauważyć. Nie robi nic, po prostu stoi twardo na glebie i jest. Podchodzi do baru i kupuje napitek. Wypija tylko ten jeden i co? Idzie się bawić. Świetnie bawi się sam ze sobą. Nikogo nie zaczepia, do żadnej dziewczyny nie rwie się jak mysz do sera. Po prostu rozmawia z innymi oczami. Ludzie sami widzą, że gość jest wyluzowany i nie stanowi żadnego zagrożenia. Po jakimś czasie znajomości nawiązują się same. Kowalski nie jest nachalny i trzyma dystans do każdej osoby w klubie. Więc nawet zlewki po nim spływają jak po kaczce. Mimo to, Kowalski jest łabędziem. Jeśli nie chce tańczyć z jakąś dziewczyną, załatwi to z klasą. Podziękuje za taniec i pójdzie w inny miejsce na parkiecie. Proste. Szyk w całej okazałości. Podobnie zrobi Kwiatkowska może z pominięciem stawania w wejściu. Kwiatkowska ma na tyle wdzięku, że panowie i tak ją zauważą pierwszą nawet gdyby stali na drugim końcu sali. Kwiatkowska również nie jest nachalna. Ma oczy i też oczyma rozmawia. I teraz... tylko tacy jak ludzie jak ta druga grupa są w stanie coś zepsuć. To działa jak w baśni. Są księżniczki i rycerze oraz reszta pospulstwa. Czacie metaforę. Prawda? Może mocno uprościłem, ale nie chcę pisać teraz książki.
Ok. Na scenę wkraczają Seby i Karyny. Uwaga- nazwy nie mają na celu nikogo obrażać. Są to formy,, dzięki którym chcę pokazać wyraźnie kontrast! To co charakteryzuje Seby i Karyny są pozbawieni obycia i świadomości, że inni też mają uczucia. Tacy ludzie mają swój świat. Ubierają się często niejako lepiej od pierwszej grupy, ogólnie wyglądają na pogodnych. Problem zaczyna się kiedy impreza się rozkręca, alkohol uderza do głowy a przy okazji zaczyna z butów wylazić słoma tak skrzętnie upchana i kamuflowana pod garniakami i makijażem. Nawet Kowalski się nabierze w wirze zabawy. Podchodzi do Karyny ale już po pierwszym tańcu czuje, widzi i słyszy, że z nią już nie chce mieć do czynienia. Albo zaraz go zacznie negować i poniżać, albo przyklei się do niego jak lep na muchy. Obie opcje są złe. Jest tak dlatego, ponieważ Kowalski pokazując się z Karyną automatycznie spada w rankingu i szybko może zostać przekwalifikowany w oczach Kwiatkowskiej na Sebę. Jest tylko jeden warunek aby się tak nie stało.  Jeżeli Kowalski pozna Kwiatowską zanim dorwie się do niego Karyna. Z drugiej strony Karyna zazwyczaj spławia większość facetów traktując ich jak szmaty - dosłownie. Dla niej jesteś śmieciem, ponieważ jej ego jest tak wysokie, że nawet jak podskoczysz, nie przywalisz w nie głową. Jest to żenujące i smutne zarazem, kiedy z wyglądu kusząca dziewczyna okazuje się być pustakiem. Jeszcze gorsi są Sebiksy. Co oni odwalają, to się w głowie nie mieści. Nie dość, że 3/4 imprezy bawią się na swoim "gej party" w kółeczku (Karyny z resztą też mają swoje less party) to w dodatku piją i piją... aż im się w głowie szufladki przestawiają. Tańczą ze sobą pokraczne tango, robią jakiej chore akcje rodem z kiepskiej jakości komedii. Potem nagle kiedy dojdą w miarę do ładu dociera do nich, że: ,, no halo! Zaraz koniec imprezy a ja jestem sam!?" W tym momencie każda wolna na parkiecie Kwiatkowska i Karyna mogą poczuć się jak słońce w układzie słonecznym. Ona jedna i pełno planet wokół. Chociaż bardziej trafnym będzie nazwanie ich asteroidami. Widok żałosny i zabawny zarazem. Najbardziej żal mi w tym Kwiatkowskej, która tego dnia przyszła po prostu się bawić niż poznać kogoś. Ale biedna nie może, bo co chwilę jest zaczepiana, łabędzi w większości już nie ma, bo poznali kogo mieli poznać i wyszli z klubu albo są zajęci nowymi ludźmi. A Sebiksy lecą do niej i do Karyn jak ćmy do ognia. O ile Karyna odpędzi natręta krótkim ,,spierdalaj stąd" o tyle Kwiatkowska szuka ratunku w koleżankach.
Powyższe zależności są najwyraźniej widoczne. I teraz nasuwa mi się kolejna myśl. Myślę o tym, co jest tym czymś, co mimo tego wszystkiego nie chce dać się rozwalić tej chorobie. Przez zachowania Karyn i Sebiksów cała reszta zaczyna wątpić w ludzi. Klub klubem, ale słysząc czasem rozmowy w środkach transportu czy na ulicy, to ręce mi opadają. Na prawdę czasem z wyglądu chłopak czy dziewczyna uchodzą za ludzi z klasą do momentu aż nie otworzą ust. I już pomijam wulgaryzmy. Sam "tok rozumowania" jest wręcz tragiczny. Nawet jeżeli Taka Karyna dobrze się postara i zdobędzie aprobatę Kowalskiego lub Seba dogada się z Kwiatkowską, to zawsze koniec końców wszystko spadnie na łeb na szyję. Wiadomo, czysta fizyka - co poleciało do góry musi kiedyś spaść w dół. Mniemam, że to poziom mentalny wszystko weryfikuje. Nawet jeżeli bardziej ogarnięty Sebiks utrzyma kontakt z Kwiatkowską, to ona i tak zacznie wypierać go z umysłu i jego czar pryśnie. Po prostu ona o nim zapomni w naturalny sposób. Dla niej to nie stanowi kłopotu, ponieważ normalne jest, że ludzie pojawiają się w życiu i znikają. Seba tego często nie rozumie i na siłę będzie szukać kontaktu. Nie ma nic złego jeżeli raz w tygodniu zadzwoni i coś zaproponuje. Problem jest gdy dzwoni co dziennie lub co chwilę i usilnie błagalnym tonem próbuje wymusić spotkanie. Podobnie inne Sebiksy próbują wymusić taniec w klubie. A Karyny? Karyny nie są chciane nawet przez Sebiksów, bo nawet oni nie chcą być traktowani jak ścierki. Stat ich pęd za Kwiatkowskimi. Nie wiem, czy robią to świadomie, ale ewidentnie to widać, że mimo własnej zapuszczonej aparycji mają ambicje na coś więcej. Karyna najwyżej może liczyć, że trafi na kolesia, który ma totalnie wszystko i wszystkich w nosie. On po prostu jest i na tym się kończy jego JA. Karyna może się puszyć przy nim w klubie, ale po imprezie on powie grzecznie, że dziękuje za wspólną zabawę i... zniknie bez wieści. 
         Wszystkie problemy biorą się z braku świadomości ludzi o świecie. Nie wiedzą co skąd się bierze. Nie znając mechanizmu działania poszczególnych układanek, nie są w stanie ułożyć sobie algorytmu dostosowanego pod daną sytuację. Nie pomyślą, że może lepiej stanąć przy barze i zobaczyć kto puszcza do nich oko. Nie wpadną na to, że jeśli chcą kogoś poznać, to warto od razu po wejściu do klubu to zrobić, bo potem wszyscy są pochłonięcie muzyką, zabawą, rozmowami czy są już upojeni. Z której strony nie patrzeć, brakuje tej drugiej grupie ogłady. Jeśli ktoś miał jakiś system wartości, to gdzieś po drodze się zgubił. Jedni mają się za super samców a zamiast coś zrobić piją kolejny browar. Dziewczyny robią z siebie księżne i czekają na rycerza na białym koniu. Z całej tej bajki tylko białe konie istnieją. Przytoczony rycerz, w moim odczuciu to mężczyzna, który zamiast stać z rękoma w kieszeni zagaduje do kobiet, droczy się z nimi i daje się poznać. Niestety dziewczyny przychodzą wypindrzone do klubu żeby się facetom podobać(albo żeby same się dobrze czuły i dzięki temu były ponętne) a gdy już jeden z drugim podejdzie czy to na parkiecie czy przy barze albo w palarni, to laski odstawiają jakieś less sceny lub są tak opryskliwe... Czasem aż mi się chce rzygać. Powodzenia w niedalekiej przyszłości jako stara panna!  
Reasumując powiem krótko. Jeśli znacie kogoś, kto powinien to przeczytać aby się uświadomić, podziel się tekstem.

20 października 2017

Ludzie i ich przypadłości czy cechy same w sobie i ich ludzie?

Mówi się w niektórych kręgach, że miłość i człowiek są jednakowo samowici a na dodatek jedno drugiemu jest przypadłością kategorycznie imperatywną. Zaznaczyć natomiast trzeba, że miłość była pierwsza a człowiek jest jej przekaźnikiem niezależne od swojego indywidualnego charakteru i   własnych naleciałości nabytych w trakcie życia. Wszystko to skłania się do podobieństwa naszego do Wielkiego Kreatora, Boga, który jest ponad wszystkim, bo On sam dał wszystkiemu początek.

01 sierpnia 2017

Kiedy utrata jasności umysłu idzie w parze z jego całkowitą utratą.

         Pomijając jakiś bzdurny wstęp przechodzę w tym momencie do sedna:
Zaznaczam na samym początku, że nie mam bólu dupy o sam fakt istniejących zjawisk, o których zaraz opowiem. Mam ból dupy o to, jak ludzie się zachowują w tych zjawiskach. A jest syf!
          Otóż pewnego dnia zaczęło mnie zastanawiać, jak to jest możliwe, że człowiek potrafi się od tak odciąć od reszty społeczeństwa na rzecz małej gromady lub poszczególnej osoby. Nie do pomyślenie dla mnie samego. I w sumie miałbym to w nosie, gdyby nie to, że takie coś odbija się bezpośrednio na mnie. Na prawdę rozumiem, co to stan zauroczenia, rozumiem stan zakochania, rozumiem nawet stan, kiedy występuje związek. Nie rozumiem alienacji. Kiedy jest sobie ziomeczek jeszcze jako wolny strzelec, to możesz zrobić wszystko: iść do pubu, pokopać piłkę, czy zrobić coś debilnego dla samego faktu. Czas ma zawsze i na wszystko, nawet jeśli jest chory. I co, jest zajebiście. Umowy barterowe, interesy koleżeńskie, itp... I NAGLE! Ziomeczek poznaje frelkę i przepada z kretesem. Ni chuj żeby się spotkać, coś podziałać. NIC. Tu nie chodzi o zazdrość z mojej strony, bo każdy ma swoje życie. Tu chodzi o przyzwoitość. A w zasadzie o jej brak. Czy to jest zdrowe, że ziomeczek z frelką spędza 90% swojego wolnego czasu, czy może jest już jej pieskiem? Odpowiedź jest oczywista. Krew mnie zalewa, bo większość współczesnych facetów to takie rasowe pantofle. Sam w związku nie jestem, ale nie wyobrażam sobie siedzieć pod pantoflem. I pewnie dlatego nadal wolę siedzieć sam ze sobą. Poza tym... poznać niezaborczą kobietę jest trudno. Więc  kolejne pytanie się nasuwa: czy to nie jest pójście na łatwiznę, kiedy ziomeczki kurczowo trzymają się frelki, kiedy już jakąś poznają, pomimo jej cholernej zazdrości i robienia focha za wyjście na mecz?! To jest chore samo przez się... O której godzinie nie zapytasz się ziomeczka o chwilę wolnego czasu, on już ma wszystko zaplanowane ze swoją frelką. I tak, ja rozumiem, że motylko, malinki, podnieta, całuski i misiaczki ale... na boga, z umiarem!! Możecie mnie nazwać despotą, ale dla mnie to jest koniec świata. Gdzie podziała się wyraźna różnica między facetem a kobietą. Wszystko jest jakieś wymemłane. Tak sobie obserwuję pary na ulicach i prawie za każdym razem widzę kobietę z jajami i faceta pipkę. Gdzie wystąpił błąd? Kurde, obojętnie jak ująć temat, faceci wypadają tragicznie. Tragedia tyczy się płci męskiej zaczynając od dzieciaków i kończąc na 35 latkach. Panowie po 35 roku życia wypadają całkiem spoko. Najwięcej męskich cipek obserwuję w rocznikach 93-98. To tak w przybliżeniu. Stado padalców bez ikry. Ani to do pracy się nie nadaje ani do bezrobocia. A jakie wymagania mają! Olaboga...
I każda taka farsa będzie trwać, bo taki mamy poziom edukacji i wychowanie bezstresowe. Ale spokojnie, żniwa też przyjdzie zebrać. Ale wtedy będzie płacz, zgrzytanie zębów i moja szydera zza grobu.
Wszystko w nadmiarze i niedomiarze szkodzi. Widzę, że ludzie o tym zapomnieli. Pedalstwo, lesbijstwo, wegaństwo i wegetariaństwo czy inne chore pomysły, to nie jest wynik logicznej konkluzji. To jest wynik choroby psychicznej. Jedni nie pamiętają, że dupa ma ruch jednokierunkowy a inni twierdzą, że rośliny nie można zabić. Koszerności ani tym podobnych  w ten worek nie wrzucam, bo to są tradycje poparte pismami z ich genezami.
Zaczynam schodzić z tematu, więc czas kończyć.
        Reasumując, mogę tylko powiedzieć aforyzm: ludzie durnieją z prędkością światła.

25 marca 2017

Po co mężczyznie żona - czyli ekonomia czy miłosć?

         Tak, dziś będzie nieco dziwnie. Sam nie bardzo wiem jak zakwalifikować taką rozkminę. Ogólną intencją tego, co jest poniżej, jest wykazanie przyczyn brania się wybranych zjawisk społecznych w świecie ludzi. Kurde, na prawdę przestanę pisać te wstępy. One nawet mnie samego nudzą XD
Zaczniemy od podstawy. Co to jest żona? Żona, to kobieta zamężna. To znaczy, że kobieta wzięła ślub z mężczyzną. Noszą oboje obrączki, bo to taki symbol ich więzi.
Co to jest ekonomia? Ekonomia, to produkcja, dystrybucja i konsumpcja. Co to jest miłość? Kiedyś myślałem, że wiem. Ale nie wiem. Z definicji miłość to: uczucie, typ relacji międzyludzkich.
Błagam o wybaczenie, krócej się nie dało tego wyjaśnić.
Zatem, kiedy już znamy znaczenia podstawowych terminów, przechodzę do meritum.
         Jak jest, prawie każdy wie i widzi, lub chociaż przeczuwa. Są sobie: mężczyzna i kobieta. Oni oboje są jak takie dwie połówki pomarańczy... tfu! Żartowałem, nie będę pisać jak pierdoła o słodkich przeznaczeniach obu płci. Życie jest prawdziwe, nie wyssane z palca.
Ludzie mówią: Żona jest pomocą dla męża i odwrotnie. Zadają singlom pytania, wkurzające pytania, kiedy znajdą sobie drugą połówkę. Aż samo się ciśnie na usta: W monopolowym, kurwa! Spierdalaj.
Prawda, że tak jest? Skąd w ogóle biorą się single? Uważam, że ich "samotność" ma swoją podstawę w dwóch zjawiskach, którymi są: wybredność i/lub samowystarczalność. No, bo skoro żadna mu nie pasuje, to logicznie żadnej nie będzie przy sobie trzymać na siłę. Nie będzie jej trzymać na siłę, bo jest w stanie sam się zająć sobą, domem, pracą i rodziną(mama, tata, dziadkowie). Nie ma sensu tracić czasu na kogoś, kto nam nie odpowiada, prawda? Lepiej zrobić coś dla siebie i olać temat by pójść na piwo. To jest podejście ekonomiczne. Inną opcją ekonomii jest znalezienie kobiety, nawet na siłę, takiej, która chociaż w 25% spełnia oczekiwania. I owa kobieta jest potrzebna do naszej oszczędności czasu, pieniążków niekoniecznie: ugotuje, zrobi pranie, uzupełni braki na spotkaniach towarzyskich w rodzinie, teatrze, w klubie. Czysty biznes. Produkowanie swojego wolnego czasu czyimiś siłami, by ten czas poddać dystrybucji( dalej korzystając z "usług" drugiej osoby) w postaci wspólnych wyjść gdziekolwiek. A jeśli idziemy sami, to tak jakbyśmy "swój" wolny czas sprzedali za butelkę wódki. Po prostu przepierdolili go. To wszystko jest pozbawione uczuć. To zwykły, chamski handel. To działa w dwie strony - zawsze ktoś jest dymany. 
A miłość? Tak szczerze, to cholera wie, jak to działa. Niby się kłócą, niby pomagają, niby pocieszają a za chwilę ciskają w siebie brudami z przeszłości. Nie rozumiem, nie wiem jak to ugryźć. 
Więc po co mężczyźnie żona? Mam nadzieję, że zrozumienie hasło: Żona jest mężczyźnie albo do kochania, albo do dymania. 
        Jeśli ktoś się zastanawiał skąd ta łopatologia jak dla debila z samego początku, objaśniam:
Łopatologia jest po to, żeby nawet debil miał szansę to przeczytać i zrozumieć. Niech konkluzją na dziś będzie apel: Jeśli chcesz być z kimś w związku tylko dlatego, że czujesz presję z zewnątrz, to jebnij się w łeb i zacznij myśleć w końcu!
patronem dzisiejszego rozważanka jest Sobota.

14 stycznia 2017

Rodzaje osobników płci męskiej. Którym typem być, aby przyciągać kobiety?

         Tym razem bez pitolenia ne wstępie, lecimy z tematem, a na koniec dopiero podsumowanie.

Typ 1 - Ogr

        Jaki jest ogr, ci co oglądali Gumisie czy Shreka to wiedzą. Dla tych, co nie wiedzą, krótki komentarz: Ogr składa się z warstw. Nie przepada za mydłem więc go unika. Tak samo jest z wodą. W skrócie - capi. Zjada każde badziewie jakie znajdzie w pobliżu więc jego wygląd skóry, włosów i paznokci pozostawia wiele do życzenia. Ubiera się w brudne łachy, bo przecież unika mydła i wody, więc i proszku oraz pralki jeśli w ogóle jest zdolny ją obsłużyć, ponieważ inteligencję posiał gdzieś w polu.

Typ 2 -Osiłek

        Osiłek tak jak i Ogr inteligencję posiał, ale mu nie wzeszła, ponieważ przesadził z odżywkami na siłowni. Zazwyczaj kawał byka dysponujący siłą mięśni, lecz niestety nie siłą perswazji mentalnej. Fan obcisłych T-shirtów i koszul rozpiętych na dwa guziki pod szyją. Czasem znajdziesz u niego dobrej marki sikora i łańcuchy na szyi.
 
Typ 3 - Laluś
        
        Laluś, czy inaczej - ciepłe kluchy, to koleś który dba o siebie tak przesadnie, że nawet w wieku 40 lat będzie dążyć do tego aby jego buzia wyglądała niczym pupcia niemowlęcia. Ponieważ też zagląda do manicurzystki, pracą się nie skala. Nie licz, że pomoże coś naprawić,  albo że sam zmieni koło w samochodzie. W jego telefonie jest kilka numerów do pomocy drogowej. Nie pozwoli sobie na nic, co może zagrozić jego nieskazitelnemu wizerunkowi.

Typ 4 - Kanciasty

         Podobny wyglądem do Osiłka, ale różnica między nimi jest taka, że Kanciasty jest typem aspirującego kulturysty. Ponieważ trenuje jako samouk, wygląda jak pudło telewizora kineskopowego ( gimby nie znajo :P ).

Typ 5 - Gadżetomaniak

        Niepoprawny Inspektor Gadget i Bond w jednym. Swoimi zabawkami chce zaimponować płci przeciwnej i innym samcom. Niestety brak piątej klepki nie pozwala mu zrozumieć, że nie są istotne gadżety, ale sposób bycia i wiedza na różne tematy oraz inwestycja w urządzenia dla konkretnego przeznaczenia.

Typ 6 - Dzieciak

         Dzieciak jak to dzieciak- rozwydrzony, żyjący w kokonie oddzielającym go od realiów świata go otaczającego. Łatwo go urazić i doprowadzić do spazmu jak również z jego powodu łatwo można wpaść w tarapaty, ponieważ jest nieodpowiedzialny i buńczuczny. Wymaga stałego nadzoru osoby rozumnej, której nawet nie potrafi docenić a traktuje jako klawisza wiszącego nad głową.

Typ 7 - Misio

         Miły, sympatyczny, często przy kości koleś. Kto nie lubi oswojonego futrzaka? Która dziewczyna nie polubi kogoś, kto jest łagodny jak baranek i mimo swojej budowy ciała nadal jest subtelny gdy sam dotyka? Prawda, ma rzeszę fanek, ale jedno go dzieli od całkowitego sukcesu - mianowicie brak pewności siebie. Choć dziewczyn zna na pęczki, to żadnej nie poderwie. Najczęściej to dziewczyna, której on wpadnie w oko przejmie inicjatywę a on z czasem zatrybi, co jest grane.

Typ 8 - Sztywniak

         Z nim nie pogadasz. On ma swoje zdanie, swoje życie, swoje poglądy i swoje wizje ich realizacji. Rozmowa z nim i wypady na miasto są jak rzucanie grochem o ścianę i skakanie na bungie bez bungie.

Typ 9 - Stanowczy

         Jeśli raz podejmie decyzje, to nawet jeśli się pomylił, honorowo weźmie to na klatę. Poza tym, ma też inną cechę, bardziej pozytywną: Jeśli się na coś uweźmie, będzie realizował  plany wykonania swojego celu tak długo, aż go osiągnie lub tak długo, aż okaże się na pewno, że jest coś nie do zrobienia. Jest dobrym materiałem na polityka, prawnika czy mundurowego.

Typ 10 - Elegant

         Elegant... to taki goguś, co poza wyglądem nie ma nic więcej do zaoferowania. Jest tępy jak kant kuli. Swoimi ciuszkami od Armaniego chce zawojować na polu bitwy o kobietę, ale w zasadzie to brakuje mu narzędzi, by walką jakkolwiek podjąć. Jeśli wygra, to tylko bitwę, bo wojnę wygrywają inni kolesie mający charakter. On sam jedynie zagarnia puste laski.

Typ 11 - Brudas

         Brudas, to taki Ogr, tyle że jeszcze bardziej brudny. W zasadzie lump. Ma syf na sobie, w domu i w dodatku zostawia ten syf wszędzie, gdzie tylko się pojawi. 

Typ 12 - Artysta

         Cecha rozpoznawcza, to udawana wrażliwość emocjonalna, lub iluzja tej wrażliwości, którą myśli, że posiada. W rzeczywistości jest to tylko wymysł jego chorego umysłu, uzależnionego od budzenia kontrowersji wśród społeczeństwa swoim zachowaniem i cudami, jakie tworzy. To są takie cuda - cudawianki. Nikt nie wie po co i na co on tworzy.

Typ 13 - Romantyk

         Taki trochę Werter, trochę niespełniony bohater romansu filmowego i też trochę niespełna rozumu ciapa. Wierzy, że kobiety pragną jedynie spokoju, delikatności i namiętności w każdej postaci, zawsze i wszędzie. Zapomniał w tym wszystkim, że kobieta to też osoba o wielu emocjach i uczuciach, przez co tylko na jakiś czas jest w stanie zainteresować sobą kobietę, jednak szybko robi się w jego związku nudno, a czasem nawet niesmacznie, kiedy zamiast zabrać swoją lubą na zjazdy linowe, kolejny raz dobiera się do niej w kinie na romantycznej komedii...

         Podsumowanie:

To tylko przekrój przez, moim zdaniem najistotniejsze, typy, jakie można spotkać w naszym społeczeństwie. Który jest najwłaściwszy? Sami sobie odpowiedzcie, kiedy doczytacie do końca najważniejsze, co chcę przekazać. Otóż: często nie ważne jakim się jest typem, tylko ważniejsze jest to jak się nim jest. Nie ważne co mówisz, ale jak mówisz. Nie ważne co robisz, ale jak to robisz. Spotkałem się już nawet z tym, że Ogr też może być dla dziewczyny pociągający, Osiłek czy Brudas. Niepradopodobne?! A jednak! Panowie i Panie - przed Wami rozwiązanie zagadki: Kobiety tak samo jak mężczyźni dzielą się na różne typy. Nie ma takiej opcji, żeby któraś potwora nie znalazła swojego amatora!

         Z tym pozytywnym akcentem Was dziś zostawiam.
 I żeby nie było, że Wilk napisał, że można być bezkarnie tym, kim się jest, zaznaczam:
NIC NIE ZWALNIA CIĘ Z PRACY NAD WŁASNYM ROZWOJEM. NIC!

11 grudnia 2016

Sentymenty- czy warto je mieć jeśli są związane z uczuciami? Jak się ich pozbyć?

         Docelowo ten temat miał być poruszony już tak dawno temu, że nie pamiętam kiedy.
Olać to. Przyszedł czas by myśl zaczętą skończyć i zrobić to w jak najlepszej wersji. Więc, do dzieła!
         Wielu ludziom zdarzyła się już lub zdarzy się sytuacja, w której będą mieć kisiel w głowie
i w gaciach, bo staną przed problemem wielkim jak dziura budżetowa naszego kraju. Problemem tym są uczucia, które powstały szybko, ale i szybko zostały zniszczone i zastąpione innymi.
Otóż, wyobraź sobie jakby to było, gdybyś teraz nagle dowiedział się, że ktoś kto ci jest światełkiem, nie znika sam, lecz znika ciebie. Wypierdziela cię ze swojego życia. Tak o, po prostu wypad z baru.
Albo: Ktoś nagle olewa cię, przepada bez wieści i zabiera w dodatku twoją ekipę do swojego świata zostawiając cię z gołą dupą. Bywa tak. Wiem to na pewno. I skoro to dalej czytasz, też tak miałeś. Zostań więc ze mną a opowiem ci, co o tym myślę po przemyśleniu na chłodno całego tego bajzlu duchowo-psychologicznego.
         Zacznę może od tego, jak sentymenty działają. Streszczę się do minimum, bo tu nie ma sensu lać wody.
Sentymenty niszczą nowe uczucia i plany, które się rodzą w tobie na rzecz tych starych uczuć,
które podświadomie próbujesz wskrzesić wiedząc, że to utopia. Do puki nie zrozumiesz, że to co minęło nie wróci, nie zbudujesz nic. Rozumiesz? NIC! Nie zrobisz nic, ponieważ wszystko będzie posiadało piętno przeszłości. Wszystko, co będziesz próbować robić na nowo, bez wywalenia przeszłości za siebie, będzie subiektywnie oceniane przez pryzmat tejże destrukcyjnej przeszłości. Nie ważne, czy to o pracę chodzi, kobietę, faceta czy rodzinę albo kosmitów - staniesz w miejscu nadgryzając kolejne ciastka i niedojadając ich jak bobas. Mówiąc brutalniej: jak rozkapryszony bachor z muchami w nosie. Nikt nie będzie cię traktował serio z takim podejściem.
W życiu fajnie jest mieć sentymenty, ale do pierdół jak motoryzacja, kolekcjonerskie zegary czy inne pierdolety jak dawna muzyka, czy taniec. To może być nawet urocze. Ale do licha ciężkiego, nie do uczuć i ludzi, którzy ranią mając w dupie to, co czujesz.
Wiem, że uwolnić się od tego nie jest łatwo, bo sam tą gehennę przechodziłem. Jeśli ktoś śledzi tego bloga na bieżąco, to łatwo wpadnie na trop tej krętej drogi do katharsis, które dojrzewało we mnie hmm... około 6 lat. Czy to dużo? Heh... z perspektywy mojego wieku uważam, że dość szybko to minęło. Natomiast nie powstało to w takim tempie samo z siebie, że obudziłem się któregoś ranka i wszystko stało się jasne. Tak dobrze nikt nie ma. Trzeba czytać, rozmawiać o tym z ludźmi. Analizować własne zachowania. Ogółem: interesować się sobą, swoim wnętrzem. Poznać samego siebie i się polubić. Po wykonaniu tego skomplikowanego procesu można przejść dalej, do analizy zdarzeń i wizji lokalnej. Tutaj polecam NLP* (nie bądź ciapą i nie pytaj mnie co to, tylko wpisz sobie w google. To nie boli i jest lepsze niż mój w tym momencie stracony czas na wyjaśnianie tematu rzeka w jednym komentarzu, co jest bez sensu). Kiedy poznasz przyczyny i skutki możesz raz na zawsze rozprawić się z przeszłością by zmierzyć się z teraźniejszością z pustym kontem. Wyzeruj sentymenty. Wyobraź sobie jakby to było, gdybyś poczuł się lekki i pełen wigoru. Zawsze gotów do akcji. Piękna wizja, co nie? Powiem ci w tajemnicy: s p r a w d z o n e  i n f o !
Niezależnie od tego jak dużo tego masz w głowie, da się to przynajmniej mocno ukrócić. Nie gwarantuję zawsze sukcesu, bo efekt jest zależny od twoich chęci i uczciwego podejścia do sytuacji.
Nie warto tkwić, w czymś, co było, nawet jeśli było super mega zajebiste, podczas gdy się z....ło i tylko ryje ci czosnek. Z autopsji o tym piszę. Sam do momentu kiedy nie zostawiłem za sobą pewnego drażliwego dla mnie tematu, nie mogłem zrobić kroku na przód. Teraz, kiedy jestem po, mogę działać. Nic mnie nie blokuje i nie mam w sobie wewnętrznego oskarżyciela, który wmawiał mi, że zdradzam swoje dawne ideały. Można ocipieć, kiedy w głowie masz wizję na szczęśliwe życie a jakiś głos z tyłu głowy każe ci zniszczyć te wizje i karmić się obrazami z przeszłości. Porównywalne jest do zapychania żołądka watą w zamian za posiłek. Wszak żołądek w obu przypadkach jest pełen, to wata jednak zabije w boleściach.
         Możecie sobie wmawiać, że da się brnąć w zaparte nie robiąc nic. Nie pomyliliście się, można, ale gówno z tego mieć będziecie. Stres i nieprzespane noce przez kłębowiska myśli. Tego nie chcecie, więc ruszcie się i ogarnijcie swoje umysły i serca zanim się grunt pod nogami zapali i wpadniecie w panikę albo rozpacz. Więcej nie będę się rozpisywał, bo jest godzina 00:22 i przed chwilą mało nie skasowałem tego, co już namodziłem. Cześć!

21 października 2016

Warunki i alternatywy

Jeśli ktoś komuś stawia warunki podszyte aluzją w postaci alternatywy, to wręcz pewne, że chce sobie ta osoba kogoś podporządkować albo pozbyć. Intencje poznasz po całokształcie zachowania tej osoby i jej otoczenia.

09 sierpnia 2016

Jest sobie taka jedna rzeka. Płyniesz, czy tamujesz?

         Kiedy ta rzeka tak płynie i podmywa własne brzegi, zastanawiam się jak to jest. Jak to jest, że sama sobie własne koryto psuje. Z punktu widzenia przyrody naturalne jest, że rzeka sama reguluje swój bieg. I ok, tu nie mam nic do dodania. Ale rzeka zwana życiem nie jest zrozumiała. Można przeżyć sto lat ale życia się nie zrozumie. Może nam się wydawać że wiemy więcej, że życie nie ma przed nami już tak wielu tajemnic i w końcu, że sami przez to życie możemy iść po omacku. Nic bardziej mylnego. Życie jako takie w moim mniemaniu jest zarazem sprzymierzeńcem jak i wrogiem zaś kto swojego wroga bagatelizuje, ten szybko zostanie sprowadzony do parteru w tej nierównej walce. Choć życie jest przypadłością każdego człowieka i innych organizmów żywych nie możemy powiedzieć, że władamy nim całkowicie. Życie to żywioł. Życie, to nieustanna walka o dziś i jutro. Jednocześnie pragniemy żyć ale też czasem wychodzi nam ono bokiem. Dlaczego tak jest? Czy dlatego, że życie jest takie jak je opisałem powyżej, czy dlatego, że nie umiemy się z tym fenomenem zwyczajnie pogodzić? Ot, pytanie! Trudne i ciekawe. Próbując odpowiedzieć na nie powiem:
Życie jest jakie jest, jedni to widzą inni tylko coś przeczuwają a inni wiedzą ale nie chcą nad tym zbytnio się skupiać. Nam ludziom często sprawia problem skupianie się nad tym, co jest w naszym zasięgu. Przyczyna jest oczywista: kiedy masz coś na co dzień, nie doceniasz tego. Cała zabawa zaczyna się wtedy, kiedy coś się chyli ku końcowi albo jakość czegoś drastycznie spada. Wtedy zapala się w głowie czerwona dioda. Czy chcesz ją zobaczyć i wiedzieć o jej istnieniu zanim się zapali? Od tego jak odpowiesz sobie na to pytanie zależy jakość Twojego życia oraz Twoje samopoczucie. Jeżeli świadomie i aktywnie monitorujesz swoje życie i jego zakamarki nie musisz się martwić zbytnio o swoją psychikę. Będąc świadomym zagrożeń unikniesz szoku z zaskoczenia. Trywialny przykład: zanim złamiesz sobie nogę już będziesz pogodzony z myślą, że wylądujesz w gipsie na L4. Nie musisz się specjalnie łamać aby tego doświadczyć. Chodzi o zwykłą prewencję. Musisz wiedzieć, że pewne rzeczy się dzieją i nie masz na nie wpływu. Jak coś się stało, to już się nie odstanie. Jak odrzuci Cię kobieta, to pójdziesz do następnej za jakiś czas. Jak kobieta zostanie zdradzona to też da sobie z tym radę nie wracając w żaden sposób w kontakty z tym, który ją zdradził. To nie ma sensu! Trzeba tylko to zrozumieć. Jak widać moja opinia jest jednoznaczna: Nie umiemy się pogodzić z naszym życiem. Nie musimy się godzić z życiem innych, bo to nie należy do naszych kompetencji. Doradzić można, ale nie niańczyć. Jeśli ktoś sam kusi los ( w który nie wierzę, a używam jedynie jako słowa zrozumiałego, bo nie mam zamiennika) to sam na własnej skórze się przekona, że pewnych rzeczy robić nie należy.
         Twoje życia a życie innych.
Czy warto uzależniać swoje życie od innych? Ktoś by powiedział, że to zależy od sytuacji... No, owszem. Tak jest w przypadku małżeństwa czy kapłaństwa. Pozostałe "związki" są ulotne. Są jak woda która jest cieczą, ale może być gazem*. W tej chwili staw może pękać w szwach, ale za moment może wyschnąć do dna. Wszystko co w nim żyje - zginie. Prawda, że tak jest? Jest przyjaźń - nie ma przyjaźni. Jest spółka - nie ma spółki. Masz z kimś sztamę a za moment bijecie się po głowach. Wszystko co  zostało rzucone w górę, kiedyś musi spaść. Prawo fizyki a pasuje do życia. Wszystko co żyje kiedyś musi umrzeć. Wszystko co powstało, kiedyś musi zniknąć. Parafrazować można wiele. Ale nie o tym. Jedno na co chcę położyć nacisk tutaj, to relacje.
Jeżeli są w naszym otoczeniu osoby, które są tylko wtedy gdy jest fajnie - zostaw to. Zostaw to towarzystwo zanim zatracisz swoją empatię ładując ją w nic niewartą przyjaźń. Poobserwuj, oddal się od swojej grupy i zobacz, co się stanie. Jeśli nic się nie stało, to pójdź do miasta i poznaj nowych ludzi. Tak, wiem! Wiem, że każdy szuka długotrwałych relacji. Ale ile chcesz ich mieć? Na prawdę potrzeba Ci tylu ludzi wokół? Pamiętaj, liczy się jakość a nie ilość. Trójka wspaniałych ludzi jest lepsza niż cała horda, która pojawia się tylko gdy masz coś do zaoferowania. Inwestuj w jakość. Jeżeli umawiasz się z chłopakiem/ dziewczyną ale ona czy on nie inwestuje w Ciebie jak Ty w nią/niego... Będę szczery: to jest takie gówno, taki smród, że ja dziękuję. Nie bądźmy ślepcami i nie dawajmy się omamić czyimś pozornym pięknem. Nie wszystek złoto, co się świeci. Nie jedno gówno zawinęło się papierek i udaje, że cukierek.  Jaka to jakość, gdy jest się w takim związku? Po latach zamiast mieć swoją studnię ze skarbami masz szambo. Nie może tak być i nie pozwólcie na to w swoim życiu. Na prawdę lepiej pobyć samemu, popracować nad czymś w sobie. Każdy ma jakieś wady, które da się naprostować. Ja też mam. Można mi zarzucić jako wadę, że nie edytuję swoich tekstów z błędów językowych czy ortograficznych. Można i trochę jest w tym racji, że trochę mi się nie chce. Jednak ideą bloga jest treść, nie forma. Nie ważne czy słowo hak napiszę tak, czy napiszę je chak. Masz wiedzieć o co chodzi na podstawie całego wpisu. A prawdziwą moją wadą jest bałaganiarstwo. Nie lubię bałaganu, ale jak już się zrobi, to nie lubię tego potem układać.
Tutaj kolejna wskazówka: nie bójcie się swoich wad w życiu. Pogódźcie się z nimi a potem dopiero je eliminujcie. Ja na przykład mam zamiar pozbyć się niepotrzebnych ciuchów oddając je do Caritasu. Przekujcie wady na zalety. Pokombinujcie co ze sobą zrobić. To też ułatwia życie.
         Ale, dość już o mnie. Myślę, że dość dużo o mnie wiecie z tego bloga.
Na koniec jedynie kilka zdań o naszych życiowych turbulencjach.
Jeżeli pojawia się kryzys w życiu. Taki egzystencjalny kryzys, to widzę kilka jego powodów. Dwa już wymieniłem szeroko powyżej. Inne jego powody mogą wynikać z czyjegoś ingerowania w nasze życie albo z naszego olewania własnego życia. Jeżeli Ty nie wiesz co ze sobą zrobić, inni - pasożyty, wrzody na dupie świata - zrobią to za Ciebie. Zrobią z Ciebie swojego murzyna. Co gorsze, możesz nawet tego nie zauważyć. Dlatego obserwujcie swoje zagrody i pijcie z tej rzeki zwanej życiem. Kąpcie się w niej ale błagam - nie załatwiajcie się do niej. Sranie do własnego gniazda to jak samobójstwo.

*Wszak wiemy z chemii, że woda ma więcej stanów skupienia.

14 lipca 2016

Siła więzi czy może już chore uzależnienie?

         Siema! Dawno nie pisałem nic konkretnego, więc czas to zmienić. Tym bardziej, że trochę materiału w głowie nazbierałem i pora na wielkie BOOOM!!! Inaczej będzie źle....
Jak mówi sam tytuł skupię się na różnicy między więzią a uzależnieniem. Uważam, że jest to duży problem, szczególnie kiedy jest się zaślepionym przez wiele czynników i granica zostaje przekroczona na oślep. I co potem? HALT! Komm zu mir. - powie sumienie kopnięte przez życie w zadek. Wtedy zacznie się płacz i zgrzytanie zębów, że to nie tak, że ja nie chciałem... chciałeś czy nie, stało się i trzeba temu zaradzić.
         Zacznijmy od charakterystyki więzi.
Więź buduje się różnie, miesiącami albo latami. Zwać to można też zażyłością - jak kto woli. Przeżywanie wspólnych chwil, wspólne zainteresowania i pasje, przebyte kłótnie zakończone kompromisami etc. Wszystko to wzmacnia przywiązanie do siebie. Budowanie porozumienia nie pozwala nam na odejście od drugiego człowieka, ponieważ czas, energia, emocje i uczucia włożone w relacje są dla nas tak cenne, że porzucenie ich jest porównywalne z wywaleniem do kosza ciężko zarobionego miliona. Trzeba być niespełna rozumu by poczynić taki krok ot tak, bo mam kaprys. Są jednak pewne warunki, które muszą zostać spełnione w 100% aby dokonać takiego odcięcia się. Mogą to być następujące przypadki:
-kiedy druga osoba staje się dla nas toksyczna.
-kiedy nie reaguje na naszą pomoc przez długi okres czasu.
-kiedy okazuje się, że oszukiwała nas w ważnych sprawach udając świętą, kłamiąc w oczy.
-kiedy znajomość wygasa naturalnie i nie można rozpatrywać niczyjej winy - bo tak też się zdarza nie wiedzieć czemu.
W takich i podobnych przypadkach dla własnego dobra po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw należy podjąć jedną, konkretną decyzję. Tu już nie ma miejsca na sentymenty. Jeśli tylko się zawahamy, już przepadliśmy. Albo w prawo albo w lewo. Przy tym należy przedstawić realne powody drugiej stronie aby mogła się do nich odnieść. Czasem taka rozmowa potrafi uratować znajomość.
Sama zażyłość wiąże się z jeszcze kilkoma cennymi cechami. Są nimi:
Brak uzależniania swojego życia od kogoś. Każdy na swoje plany i marzenia, które nigdy nie pokryją się idealnie z cudzymi. Dlatego kiedy jedna osoba pójdzie na ryby, ta druga siedzi w kinie na nocnym maratonie. Czujecie? Nie trzeba spędzać całych dni razem by ze sobą być. Iksiński siedzi w pracy a Iksińska z przyjaciółkami. Jeżeli oboje się na to zgadzają, wszystko gra. Ich wspólny czas jest wtedy gdy Iksiński wraca z pracy, Iksińska da mu obiad a potem idą razem na spacer. Następnie Iksiński idzie na mecz do kolegi a Iksińska idzie na pogaduchy do sąsiadki.
A kiedy jedno z dwojga ma problem to drugie porzuca na ten czas swoje plany by być przy tym pierwszym. To jest sedno prawdziwej zdrowiej więzi. Jedno drugiemu nie wtrynia się w życie ale oboje mają na siebie baczenie i wspólnie podejmują decyzje.
         Natomiast uzależnienie jest patologiczną formą więzi. Uzależnienie jest szkodliwe nie tylko dla tych dwojga ale i dla całego ich otoczenia w którym żyją ( a za chwilę -żyli ). Po pierwsze następuje izolacja od świata na rzecz przyklejenia się do siebie niczym klejem. Nic nie jest już ważne i istotne kiedy nie ma obok tej drugiej osoby. Odcięcie się od znajomych albo olewanie ich. Ciągłe zamyślenie i wciskanie drugiej osoby tam, gdzie nie ma na nią miejsca. Nie wyobrażam sobie aby do warsztatu przyprowadził mi ktoś swoją lubą, która nie ma pojęcia o niczym a stała by tam i motała się pod nogami a do tego nie pozwalała na skupienie się facetowi na tym co istotne, czyli na naprawie. Brr!
Co więcej, jeżeli do tej pory coś działało dzięki czyjemuś zaangażowaniu to odejście tej osoby od "rutyny" rozwala życie całej reszcie ludzi. Nie wiadomo co zrobić z delikwentem i delikwentką którry brną w zaparte. Siedzą ze sobą w każdej wolnej chwili i płaczą, że nie mają kiedy się spotkać kiedy jeden dzień się nie widzą. To jest już szaleństwo do kwadratu. Pójdą ze znajomymi do pubu a znikają nagle albo gadają tylko ze sobą. To już nie jest irytujące, to jest po prostu paskudne.
Krzywdzące jest też dla nich samych, bo prędzej czy później się dowiedzą o swoim odosobnieniiu, kiedy to grono znajomych się od nich odetnie po ówczesnym zwracaniu uwagi nawet po kilkanaście razy. Nikt komu zależy na zdrowych znajomościach długo nie wytrzyma w takich chorych układach. Wóz albo przewóz bo zaraz cała ekipa się posypie. Tutaj kłania się powyższa lista przypadków zwanych wyjątkami, lecz tym razem w relacji grupa - grupa. Zażyłość grupy z inną grupą też ma swoje granice.
        Konkludując dopowiem tylko jeden komentarz. Miejcie na uwadze, co dzieje się z Wami samymi i w Waszym otoczeniu aby unikać takich chorych sytuacji. Słuchajcie co mówią ludzie, bo kiedy uwagę zwraca więcej niż jedna osoba, to znaczy że nie jest to czyjś wymysł ale jednak realny problem, który dopiero powstaje albo co gorsza już istnieje.